Ciekawy dokument Ks.Bp dr Andrzeja

Wantuły

 

 

Tadeusz Konik


Lojalny sprzeciw

 



Kartka papieru leżąca osobno na stole, albo jako jedna z wielu spoczywająca w zasobniku drukarki ma niewielką, w zasadzie żadną wartość. Ta sama kartka zapisana tekstem staje się dokumentem, zapisem czyjejś myśli, odnotowaniem zdarzenia, wyrażeniem opinii... Z czasem zapisana kartka staje się świadkiem dziejów i spraw, które już stały się przeszłością, a są ważne by w ich perspektywie mierzyć sprawy aktualne, dzisiejsze. Tak jest z dwoma kartkami maszynopisu, które przetrwały w zbiorach rodzinnych Wantułów z Ustrońskich Gojów. Zawierają ciekawe oświadczenie – z pozoru wysoce lojalnościowe pismo, ale w istocie zdecydowaną i twardą odmowę oczekiwanej, a nawet wymaganej współpracy.
Tekst ten nie został podpisany, ani opatrzony datą. Autentyzm pisma, jako pisma bpa Wantuły nie podlega jednak wątpliwości. Zostało ono odnalezione w dokumentach Biskupa przez jego krewnych w postaci przebitki maszynowej – kopii – oryginalnego dokumentu, który albo stanowił “prototyp” pisma do nieokreślonego bliżej organu państwowego, albo rzeczywisty dokument, który na oryginale został opatrzony datą i odręcznym podpisem, a następnie przekazany wspominanemu rozmówcy lub rozmówcom w kontakcie bezpośrednim. Dr Wantuła mógł nawet nie znać dokładnie komórki organizacyjnej jaką reprezentowali wspominani przez niego w piśmie rozmówcy.
O autentyczności pisma świadczą także nawiązania do ojca, który był dla ks. dra Andrzeja Wantuły zawsze mocnym autorytetem. Była to wszak postać wyrazista, znamienna i niepoślednia: robotnik i  bibliofil, który z gośćmi, nie znającymi języka polskiego, słowackiego, czeskiego, ani niemieckiego nawiązywał rozmowę po prostu w języku łacińskim...
Pozostaje datowanie pisma. Udostępniona mi kopia maszynopisu daty nie zawiera. Możliwe, że została ona wpisana ręcznie wraz z miejscem redakcji pisma i podpisem na oryginale. Czas powstania pisma daje się jednak określić. Wantuła wrócił do kraju wiosną 1948 roku. W piśmie wspomina modlitwy za prezydenta Polski Ludowej. Musiało ono zatem powstać przed ustanowieniem Konstytucji z 1952 roku. Najprawdopodobniej pismo to należy datować na czas powoływania ks. dra Wantuły do pracy na wydziale teologii ewangelickiej UW, co miało miejsce  początkiem lat 50-tych.
W takim kontekście w czasach głębokiego stalinizmu i usilnej sowietyzacji Polski przez Bieruta i  jemu podobnych, propozycje współpracy z służbami tajnymi PRL-u były raczej nieuniknione, tym bardziej, że ks. dr Andrzej Wantuła z uwagi na jego szerokie kontakty zagraniczne, zwłaszcza na zachodzie, nie tylko zresztą w luterańskim świecie, stanowić musiał szczególny rarytas.
Wantuła mierzy się z problemem, który zapewne graniczyć mógł z szantażem. Formułuje przytoczoną wyżej odpowiedź. Jego stanowisko streszcza się w słowach współpraca jawna: tak – tajna: nie!
Z czego to wypływa? Wantuła podjął rzecz, która w takiej sytuacji jest powinnością każdego duchownego, mianowicie dokonał analizy zasad pełnienia urzędu duchownego. Przyznać trzeba, że miał do tego dobre podstawy. Był niezłym biblistą, historykiem Kościoła, teologiem praktycznym.  Ponadto osadzony był w środowisku, dla którego społeczno-polityczna wrażliwość duchownych i  ich zaangażowanie w tych zakresach – także parlamentarne – nie była osobliwym wyjątkiem, wypływającym z szczególnych łask i przyzwolenia władzy kościelnej, ale czymś zwykłym, by nie powiedzieć normą. Duchowni senioratu śląskiego Superintendentury Morawsko-Śląskiej bywali posłami czy to do Sejmu Krajowego w Opawie, czy też do Parlamentu Austriackiego w Wiedniu. Zasiadali tam nie ze skierowań kościelnych, ale w drodze wyboru z normalnych list rozmaitych stronnictw politycznych. Zawsze była to działalność jawna, otwarta, pełniona publicznie i pro publico bono. Ta społeczno-polityczna aktywność duchowieństwa miała też swój wymiar w okresie II RP, choć dominantą było raczej inicjowanie i udział w zarządach różnych społecznych czy społeczno-politycznych stowarzyszeń i organizacji. Przy tym rzeczą zwyczajną był pełny wachlarz sympatii i zainteresowań od poglądów demokratycznych, narodowych poprzez liberalne aż do socjalistycznych.
Jako osobliwy przykład przypomina się tu postać ks. Jana Lasoty z Jaworza, którego legitymacja partyjna Polskiej Partii Socjalistycznej pozwalała temu odważnemu duchownemu wydobywać parafian z transportów deportacyjnych po zakończeniu II wojny światowej i z peronów bielskiego dworca kolejowego prowadzić z powrotem do domów w Jaworzu czy Jasienicy.
Duchowni korzystali w pełni ze swobód obywatelskich. Trzeba tu też zauważyć, że ta społeczno-polityczna wrażliwość i zaangażowanie duchowieństwa nie jest jakąś osobliwością południowo-śląskiego zaścianka, ale zwyczajną europejską i nie tylko europejską normą. Pozostawał jednak także zawsze ten sam normatyw działania jawnego przy otwartej kurtynie.
Do tego właśnie nawiązuje Wantuła. Przywołuje przy tym kwestię zwykłej przyzwoitości, zaufanie jakim jest darzony jako duchowny, którego to zaufania nie może nadużyć. Powołuje się na kwestie rodzinne, zwłaszcza szacunek dla ojca. Dominantą jest zaś relacja do Chrystusa – naśladownictwo Chrystusa, a należy tu powiedzieć więcej – tak jak to ujmują nasze Księgi Wyznaniowe – reprezentowanie Chrystusa in corpore w świecie. Zwróćmy na to baczną uwagę! Wantuła pisze:
“Jestem duchownym i powołanie swoje i obowiązki biorę poważnie. Obcując ustawicznie ze Słowem Bożym mam zaostrzone sumienie. Czuję się sługą Jezusa Chrystusa i wiem, że nie wolno mi niczego zrobić, coby ujmę lub hańbę imieniowi Jego przynieść mogło. W  wątpliwych sytuacjach pytam zawsze Jego: czy mógłbym się ostać przed Nim i czy nie musiałbym się przed Nim wstydzić. Jezus jest naprawdę dla nas miarą wszystkiego, naszym duchowym przewodnikiem, naszą drogą i naszą granicą. Bywamy wobec Niego niewierni, niestety, ale staramy się unikać wszystkiego, co by było świadomą Jego zdradą. On jest i moją granicą, której przestąpić nie mogę, a wiem, że nie przestąpi jej żaden szanujący się chrześcijanin. Nie potrafię skrytej pracy, w której musiałbym nadużyć pokładanego we mnie zaufania z tytułu piastowania urzędu Sługi Chrystusowego, wykonywać...”  Wreszcie przywołuje cytat bezpośredni: “Jezus Chrystus powiedział o sobie: “Jam jawnie mówił światu..., a potajmniem nic nie mówił.”
  To nie są jakieś niebotyczne szczyty teologicznej refleksji w zakresie etyki pastoralnej. Na dobrą sprawę Wantuła podejmuje minima, które wskazuje jako dostępne dla każdego chrześcijanina! Czy ma rację w tym wskazaniu?...
Trzeba koniecznie i mocno podkreślić, że Wantule jest obcy jakikolwiek moralny czy etyczny relatywizm. Najwyraźniej też właśnie to pozwala mu zachować godność i wierność w służbie.
Tu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Dla Wantuły nie istnieje, przynajmniej w tym piśmie, podział na “chrześcijański” i “niechrześcijański” system społeczno-polityczny czy ekonomiczno-polityczny. To jest oczywiste. Kościół jest posłany do świata zorganizowanego pod różnymi sztandarami i wedle różnych reguł gry czy ustrojów. W każdym przypadku zachodzić też będą różne relacje komunikacji i dialogu między Kościołem a światem.
Wantuła natomiast dokonuje rozróżnień między rodzajami działań godnymi lub niegodnymi Chrystusowego naśladowcy. Podział jest prosty: jawność i skrytość, otwartość i tajność. To całe przeciwstawienia. Zatem chrześcijanin, także duchowny, może być w swoim myśleniu społecznym i działaniu dla dobra ludzi demokratą, liberałem, socjalistą, ale żadną miarą nie śmie być rozpracowującym środowisko szpiclem!
Szczególnie duchowny nie śmie być szpiclem, gdyż, gdy nim zostaje, narusza zaufanie pokładane w nim nie ze względu na niego samego, ale ze względu na Chrystusa, tj. z uwagi na to, że jest sługą Jezusa Chrystusa, że Jezusa Chrystusa reprezentuje pośród świata. Właśnie tu Chrystus winien być, jest i musi być naszą granicą! Gdy tą granicą być przestaje, dochodzi do zniewagi Chrystusa.
Oczywiście jawność działania, czy współpracy z takimi czy innymi władzami państwa lub regionu nie jest ani gwarancją bezbłędności, ani tym bardziej gwarancją pozostawania poza krytyką. Jawność działań bpa Wantuły spotykała się z krytyką i to nawet w kręgach bliskiej rodziny. Za oświadczenie w sprawie marca 1968 roku “rozliczała” Biskupa np. jego bratanica...
Godzi się poświęcić chwilę uwagi lojalnościowej zawartości maszynopisu Wantuły. Istnieje dość mocna dokumentacja wskazująca, że Wantuła nie tylko zachowywał świadomość kontrowersji założeń systemowo ideowych sowieckiego komunizmu wobec chrześcijaństwa i chrześcijańskiego świata wartości, ale podejmował też konkretne działania, by umocnić powierzony mu Kościół przeciw wpływom komunistycznej ateizacji i szerzonej przez ten system aksjologii. Świadomość owej – mówiąc oględnie – kontrowersji występuje mocno korespondencjach z ojcem, zaś walka w Wantułowym kaznodziejstwie.
Wantuła po wojennych drogach wrócił do Wisły z Anglii jako oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w marcu 1948 roku w brytyjskim mundurze z naszywkami Poland na ramionach. To była przypadłość niełatwa, owocująca rozmaitością problemów przez lata.  Niełatwą rzeczą były też decyzje powrotu. Wantuła w korespondencjach z ojcem rozważa przyszłość i omawia różne aspekty pozostania na zachodzie i powrotu. Rzeczywistość mierzy z właściwym sobie niezwykle twardym realizmem, a przy tym rzetelnością. Jest świadom, że decydując się na powrót do Polski, wchodził będzie w świat uwarunkowań ustanowionych przecież nie tylko przez bat'kę Stalina, ale także wielkich panów Zachodu... W tym też tonie utrzymuje swoje “oświadczenie”. Pisze o robotniczo-chłopskich korzeniach, o modlitwie za władze państwowe, o otwartości, ale jednocześnie stawia wyraźne granice. On nie tylko zna swoją wartość, ale ponadto wie kim jest, będąc duchownym. To jest istotna wiedza.
Warto zauważyć jeszcze jedno. Postawiony przez Wantułę warunek jawności działań stoi z gruntu w wyraźnym konflikcie z mocno akcentowaną przez socjalistyczno-komunistyczny system zasadą tzw. rozdziału Kościoła od Państwa. Dążeniem aparatu władzy było coś zupełnie innego, mianowicie zniewolenie przez wciągnięcie w tajną współpracę, w niejawność zaangażowań, w wykreowanie życia pod utajnionym wpływem i nadzorem. Właśnie temu późniejszy biskup stawia zdecydowane nie.
Wiele wskazuje na to, że drogą wskazaną przez długoletniego przełożonego w Kościele i na uczelni szedł wikariusz, a później następca w urzędzie biskupim, ks. bp Janusz Narzyński, który jako prezes PRE wciągnięty został w “wyrażanie opinii” w sprawie stanu wojennego. Pamiętam późniejsze dyskusje na ogólnopolskiej konferencji pastoralnej i cały szereg innych działań, których owocem była decyzja bpa Narzyńskiego o ustąpieniu ze stanowiska. Prośby by pozostał, uciął krótkim acz niezwykle stanowczym słowem: “Biskup musi wiedzieć, kiedy powinien odejść.” Miał 62 lata.
Kiedy usłyszałem te słowa zrozumiałem, że mam przed sobą nie tylko mocnego teologa, ale przede wszystkim niezwyczajnej klasy człowieka, który podjął decyzję ustąpienia ze stanowiska, gdy tylko dostrzegł, że doznał uszczerbku jego autorytet, że stawać się to może źródłem sytuacji trudnych dla Kościoła w życiu wewnętrznym i w reprezentacji na zewnątrz. Kościół natomiast otoczył swojego biskupa, podejmującego ustąpienie ze stanowiska z uwagi na dobro Kościoła, należną mu opieką oraz szacunkiem.
Dzisiaj dowiadujemy się pewnych szczegółów dotyczących projektów, jakimi był objęty. Publikacja IPN zatytułowana “Plany pracy Departamentu IV MSW na lata 1972-1979” przynosi zapisy zamierzeń: “w sprawie obiektowej w odniesieniu do Kościoła ewangelicko-augsburskiego główna uwaga skierowana będzie na:
– umocnieniu się w kierownictwie tego Kościoła przez pozyskanie w charakterze tajnego współpracownika J. N. (...)” To jest wyimek z dokumentu pod nazwą: Plan pracy Wydziału III Dep[artamentu] IV MSW na lata 1976-1977.
Z kolei Plan pracy Wydziału III Departamentu IV MSW na lata 1978-1979 przynosi zapis:
“w sprawie obiektowej krypt[onim] “August” praca operacyjna w odniesieniu do Kościoła ewangelicko-augsburskiego skoncentrowana będzie na:
– umocnieniu się operacyjnym na pozyskaniu 2. tajnych współpracowników tj. J. N. (...)
– podjęcie dialogu operacyjnego ze zwierzchnikiem Kościoła J. N. Zadaniem powyższego będzie kształtowanie lojalnych postaw duchowieństwa ewangelicko-augsburskiego;...”
No cóż, o Narzyńskim jako “człowieku władzy”, albo “człowieku Dusika” nasłuchałem się sporo jeszcze w czasie studiów, gdy był wykładowcą w ChAT. Po latach czytam, że niemal ustawicznie mieli w planie go pozyskać ... Ciekawe...
Pamiętam, że w latach osiemdziesiątych w wykładach na konferencjach i kazaniach podczas uroczystości kościelnych mówił sporo o proegzystencji oraz o przebóstwieniu człowieka. Ten ostatni temat był wprawdzie ze wschodu, ale nie z komunizmu lecz z prawosławia, a dotarł poprzez dialog ekumeniczny... Czy o takie kształtowanie młodej kadry duchowieństwa ewangelickiego szło gremiom ustalającym plany pracy Wydziału III Departamentu IV MSW? – Nie przypuszczam.
Interesujące zapewne będą kolejne przestrzenie zasobów i tomy wydawnictw IPN, zapewne odsłonią rozmaitość pejzażu osobliwej via crucis Kościoła w czasach PRL-u.

 

 

  Powyższy tekst był już opublikowany w czasopiśmie "Słowo i Myśl" w 2009 roku.  Tekst został poprawiony przez autora i autoryzowany na potrzeby naszej strony.

Skomentuj przeczytany tekst