Wspólna sprawa


Reprezentuje katolicki feminizm pro-life. Jest niepoprawna politycznie. Broni wartości i zasad, które wyznaje. Opowiada się za prawem do życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci, tradycyjną wizją rodziny, małżeństwem jako związkiem mężczyzny i kobiety, sprzeciwia się eutanazji. Mówi o niebezpieczeństwach ograniczenia wolności słowa ze strony mniejszości seksualnych oraz związkach lewicowych działaczek z lobby pro aborcyjnym. Obok jej poglądów nie sposób przejść obojętnie.


Z Joanną Najfeld, publicystką , feministką pro-life, katoliczką, rozmawia Robert Szmigielski.

 

                                                                                                                                     

 

Uważa się Pani za feministkę związaną z Kościołem Katolickim? Czy w Kościele jest miejsce na „feminizm”, a jeżeli tak to jak go rozumieć?

Dzisiaj nie tylko Kościół potrzebuje feminizmu rozumianego w pierwotny sposób, jako dostrzeganie i przeciwdziałanie krzywdzie kobiet. Czasy i problemy się zmieniają, ale są pewne rzeczy stałe. Na przykład już pierwsze feministki postrzegały aborcję jako skrajną opresję kobiet przez mężczyzn. Do dziś to mężczyźni częściej aborcję wykonują i ją popierają, a tragedia dzieciobójstwa przedurodzeniowego potęguje się jak nigdy w historii. Co gorsza, wielki biznes aborcyjny wpędza matki w ten dramat na masową skalę rękami kupionych „działaczek kobiecych”. Jest też powszechny problem braku normalnych kobiet w debacie publicznej. Lewicowe aktywistki zawłaszczają prawo do mówienia w imieniu kobiet, a konkurencję zwalczają bezwzględnie. Ktokolwiek zakwestionuje ich monopol na udział w debacie publicznej, spotyka się z agresywnym atakiem. Taki los spotkał grupy kobiet przeciwne parytetom, skupione wokół inicjatywy parytety.pl. Bezczelny margines lewicowy dominuje sferę publiczną. Dzisiaj dobry, konserwatywny feminizm ma za zadanie odkneblować i dopuścić do głosu normalne kobiety. I bronić je przed agresją imperium aborcyjno-anykoncepcyjnego, które żeruje na kobietach i dzieciach.

Czy modnie, „trendy” jest dziś być „konserwatywnym”?

Sprawy fundamentalne to nie buty z cekinami - są poza kategorią mody. Ale jeśli Pan pyta, o to czy mam kompleksy na tym punkcie, to odpowiedź brzmi: nie. Zresztą, jak się teraz zastanawiam, to już sama zgoda na łatkę „konserwatysta” jest pewną kapitulacją. Bo zakłada, że moje poglądy wynikają z jakiegoś dogmatu konserwatyzmu, który przyjęłam – że wszystko musi być niezmienne, zgodne z tradycją. A ja wcale taka nie jestem. Nie zbieram antyków, nie fascynuję się zwyczajami z poprzednich epok, nie neguję nowoczesności. Jestem normalną współczesną kobietą, która stara się bronić bezpieczeństwa swojego i ludzi wokół. Pragnę zdrowego rozsądku, sprawiedliwości i dobra w świecie. Tylko tyle.

Czy wyznawanie wartości chrześcijańskich wynikających z Biblii i nauki Kościoła jest łatwe w liberalizującym się świecie?

Po ludzku, coraz trudniejsze. Dzisiaj w cywilizacji zachodniej idzie się do więzienia za cytowanie Biblii, za kwestionowanie dogmatów wojującego neomarksizmu. Traci się pracę, państwo zabiera dzieci, jest się obiektem bezpośrednich prześladowań. I nawet nie trzeba dosłownie odnosić się do Biblii. Wystarczy wyznawać wartości zbieżne z judeo-chrześcijańskimi. Zaznaczmy jednak wyraźnie: ten świat wcale sam się nie „liberalizuje”. Do władzy politycznej, biznesowej, sądowej i medialnej doszła agresywna mniejszość niebezpiecznych rewolucjonistów, którzy narzucają chore ideologie społeczeństwom. Jeśli spojrzymy na badania opinii publicznej, okaże się, że ani mieszkańcy UE, ani obywatele USA nie zgadzają się z szerzeniem aborcji, redefiniowaniem małżeństwa, czy oddawaniem dzieci parom gejowskim. Ta większość jest terroryzowana propagandą medialną, wyrokami sądowymi, narzucanymi odgórnie regulacjami prawnymi.

Pani zdaniem Polska ciąży ku lewicowym ideom Zachodniej Europy czy raczej jest krajem tradycyjnych wartości bliskich chrześcijanom?

Państwo polskie, rozumiane szeroko jako polityka, biznes, sądy, media, jest w dużej mierze w rękach postkomunistów i skrajnej lewicy ukrytej pod różnymi etykietkami. Te „elity” nie odzwierciedlają nastrojów w społeczeństwie, ale ciągną to społeczeństwo na manowce różnymi mechanizmami. Poza tą kastą jest jeszcze Polska ludzi normalnych. Oni czują się daleko od „elit”, starają się żyć swoim życiem, na tyle na ile się da. Nie twierdzę, że są święci, ale z pewnością nie podzielają postępowych przekonań i stylu życia „warszawki”. Choć niestety nie są wobec naporu ideologicznego nieprzemakalni. Czy spadamy po równi pochyłej jak Hiszpania? Chyba niestety tak, choć Bogu dzięki trochę wolniej. Mam ciągle nadzieję, że przebudzimy się w porę. Hiszpania idzie ostro na dno i choć w narodzie duch nie zginął do końca, skoro miliony ludzi wychodzą na ulicę przeciw zapateryzmowi, to jednak bardzo ciężko będzie odwrócić porządek, do którego tam doprowadzono. Pozostaje wierzyć, że Bóg ma na to wszystko jakiś plan.

Od pięciu lat odbywa się w Warszawie Marsz dla Życia i Rodziny. Podobne imprezy na większą skalę organizowane są w innych krajach, jednocząc katolików i protestantów. Czy polski Marsz jest wyrazem sprzeciwu wobec agresji lewicy na rodzinę? Czy raczej manifestacją siły środowisk konserwatywnych?

Miałam przyjemność pomagać przy organizacji pierwszego Marszu jako rzecznik prasowy. Rzeczywiście, zainicjowały go środowiska konserwatywne. Dla zwykłych ludzi w Polsce kilka lat temu nie było oczywistością, że rodziny muszą wychodzić na ulicę w obronie normalności. Dziś coraz więcej obywateli zdaje sobie z tego sprawę. Szczególnie jak widzą zamilczanie i zakłamanie tego wydarzenia w mediach. Mediom starcza kilku gejów, żeby stworzyć medialny fakt „marszu na Wawel”, podczas gdy kilka tysięcy rodzin maszerujących za życiem w ciężkiej ulewie to nie news. Ludziom, którzy przychodzą na marsz otwierają się oczy, kiedy widzą jak telewizja filmuje pijaków pod krzakiem jako uczestników marszu, odwracając kamery od uśmiechniętych, podśpiewujących rodzin z balonikami. A taki właśnie jest marsz. To raczej piknik wiosenny, z kiełbaskami, koncertem, grami i zabawami. W atmosferze rodzinnej. Różni się bardzo od typowych pikiet.

Lewicowa działaczka Wanda Nowicka wytoczyła Pani proces karny za wypowiedź publicystyczną w TVN24, iż „organizacja Pani Nowickiej jest częścią międzynarodowego koncernu (…) providerów aborcji i antykoncepcji”, a także iż pani Nowicka „jest po prostu na liście płac tego przemysłu”. Na stronie MamProces.pl sugeruje pani, że organizacje aborcyjne i gejowskie dążą za pomocą sądów do zamykania ust oponentom?

Nie sugeruję, twierdzę wprost. Wiem to od nich. Jeśli chodzi o gejów, to karanie za „homofobię” było głównym wątkiem ich zeszłorocznej centralnej parady. W siedzibie „Gazety Wyborczej” odbyła się też konferencja poświęcona strategii działań prawnych ruchu gejowskiego. W obu przypadkach nawoływano m.in. do masowego pozywania za obrazę gejów. Mieliśmy już jeden wyrok ciężkiej grzywny za słowo „pedał”, kilka procesów za nazwanie homoseksualizmu zaburzeniem, wnioski do prokuratury za publiczne cytowanie potępienia homoseksualizmu w Biblii. „Wojownicy o tolerancję” otwarcie dążą do zamykania w więzieniach ludzi, którzy się z nimi nie zgadzają. Pro-aborcjoniści analogicznie, w Polsce i za granicą. Za procesami Alicji Tysiąc stoją organizacje pro-aborcyjne. Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Wandy Nowickiej zbiera i szkoli prawników na potrzeby działań prawnych. Skazano już ks. Marka Gancarczyka, Alicja Tysiąc chwali się, że to dopiero początek. Najnowszą ofiarą jest publicysta Tomasz Terlikowski, który o pozwie przeciwko sobie dowiedział się z „Gazety Wyborczej”.

W USA symbolem jedności chrześcijan w obronie konserwatywnych wartości jest postać zmarłego w styczniu 2009 r. ks. Richarda Neuhausa, byłego duchownego luterańskiego, który w 1990 r. przeszedł na katolicyzm. Richard Neuhaus był nie tylko duchowym liderem amerykańskich konserwatystów, ale też publicystą i działaczem społecznym, założycielem „First Things” – pisma poświęconego m.in. ekumenizmowi. Od lat 1970-tych, kiedy zalegalizowano w USA aborcję, jego poglądy ewaluowały w kierunku neokonserwatyzmu. Czy według Pani ekumenizm można rozumieć jako wspólne wyznawanie i obronę wartości, które łączą chrześcijan, niezależnie od różnic teologicznych?

Miałam zaszczyt poznać ks. Neuhausa osobiście. Pamiętam jak mówił na wykładach, jak wielkim hamulcem ekumenizmu jest oddalanie się wspólnot chrześcijańskich od wartości, które chrześcijan powinny spajać – prawa do życia, praw rodziny. Szatan dąży do rozbicia naszego wspólnego frontu. To dla niego dwie pieczenie na jednym ogniu – sabotuje działania w obronie życia i rodziny, jednocześnie skłócając chrześcijan, rozpraszając ich, spychając z drogi do zbawienia. Obserwuję to również wewnątrz Kościoła Katolickiego. Konkurencyjne grupy kierują wielką energię na zwalczanie siebie nawzajem, na podkreślanie różnic i toczenie wojen o to „czyja racja jest bardziejsza”. Grzeszą pychą, gniewem i zaniedbaniem spraw naprawdę ważnych. A szatan zaciera ręce. Powinniśmy wszyscy kurczowo trzymać się Chrystusa i uparcie szukać porozumienia tam, gdzie ono już jest - na przykład wokół piątego przykazania. To nasza wspólna sprawa.

Co mogą robić chrześcijanie dla obrony życia, praw rodziny i człowieka?

Kontrrewolucja musi zacząć się od indywidualnych serc. Modlitwa, edukacja i wreszcie świadectwo - to może i powinien robić każdy. I wcale nie trzeba iść do telewizji. Doskonale wiemy, że dziś „te tematy” dosięgają nas wszędzie – w pracy, na imieninach cioci, w przypadkowej rozmowie w pociągu. Odwaga, żeby nie milczeć, nie chować głowy w piasek, przychodzi z modlitwy. Nie wolno tylko dać się zwieść szatanowi, który podpowiada, że mnie to nie dotyczy, mam gorsze problemy, niech ktoś inny się tym zajmie. „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.” (Ap 3, 15-16) Trzeba zmienić myślenie radykalnie. Nie kto inny, tylko ja mam dziś wesprzeć aktywną organizację pro-life – modlitwą, pieniędzmi, ofertą wolontariatu. To ja mam wziąć udział w pikiecie, podpisać petycję, w szkole mojego dziecka zdecydowanie sprzeciwić się indoktrynacji, upomnieć się o prawa rodziców, którzy myślą jak ja, ale milczą, bo się boją. To ja mam mieć kolejne dziecko i wychować je na chrześcijanina. Decyzja o przyszłości tej cywilizacji dokonuje się dziś w moim sercu. Nie jestem pyłkiem w bezwolnej masie. Nie chcę być kanapowym kibicem, który ogląda wojnę cywilizacji jak teleturniej. Chcę oddać się dziś na służbę Chrystusowi, On poprowadzi.


Skomentuj przeczytany tekst