„ Prawdy nie trzeba się bać,
trzeba się z nią zmierzyć”

 

Deutsche Volksliste a ewangelicy polscy –

na przykładzie kilku rodzin luterańskich warszawskiego

Gocławia


Publikacje dotyczące II wojny światowej autorstwa naszych współwyznawców lub osób z nimi związanych akcentują patriotyzm ewangelików polskich, podkreślają ich różne formy walki z najeźdźcą i okupantem, ukazują ofiary poniesione przez luteran, pomijając to, co powodowało i powoduje nadal poczucie dyskomfortu pokolenia wojennego i późniejszych.
Myślę tu o problemie volkslisty, który, mimo upływu niemal 70 lat, jest nadal bolesny i stanowi wśród ewangelików temat tabu. Jednak przemilczanie, jednostronne ukazywanie skomplikowanej rzeczywistości wojny i okupacji w przypadku naszego środowiska prowadzi do niepełnego, a tym samym zafałszowanego obrazu lat 1939-45 i późniejszych. Nie sposób bowiem mówić o II wojnie światowej i sytuacji ewangelików na ziemiach polskich w czasie okupacji hitlerowskiej nie odnosząc się do kwestii bolesnej i wstydliwej zarazem – składania deklaracji o przynależności do narodowości niemieckiej.
Z racji mych zainteresowań genealogicznych, które nieuchronnie wiodą ku penetracji przeszłości, przychodzi mi zmierzyć się z tym trudnym problemem, próbować go opisać, zanalizować, ocenić. Nie jest to zadanie łatwe z wielu względów: niewielka liczba opracowań historycznych, utrudniony dostęp do archiwaliów, przekazywane ustnie szczątkowe wspomnienia rodzinne, wreszcie niechęć do podejmowania tego wątku okupacyjnych losów w opowieściach uczestników czy świadków ówczesnych wydarzeń to tylko niektóre utrudnienia w poznawaniu przez kolejne generacje problematyki podpisywania volkslisty.
Dlatego też pewne wnioski, uogólnienia i konstatacje tego szkicu mają charakter intuicyjny, wynikają z przemyśleń autorki, jej funkcjonowania w środowisku ewangelickim, są wyrazem solidarności wyznaniowej, analizy dziejów rodziny i losów poszczególnych jej członków.
Być może ktoś zarzuci tej pracy pewną dozę subiektywizmu, ale odległy dystans czasowy i brak bezpośredniego osobistego zaangażowania autorki w analizowane zjawisko pozwalają, jak sądzę, uniknąć stronniczości sądów i ocen. I choć rozważania dotyczą jednostek czy kilku rodzin ewangelickich, to typowość zachowań i postaw ich członków nadaje całemu wywodowi, mam nadzieję, także pewien walor uogólnienia.

 

Międzywojenny Gocław był siedliskiem kilkunastu powiązanych ze sobą, skoligaconych rodzin ewangelickich. Luteranie nie stanowili tam jednak większości mieszkańców, którzy będąc formalnie od 1916 r. warszawiakami, zachowali strukturę osadnictwa i mentalność typowo wiejską. Gocław był bowiem wsią rolniczą i administracyjne włączenie go w organizm wielkomiejski stolicy nie przekładało się na zmianę sposobu życia i myślenia tamtejszej populacji. Spuścizną przeszłości były również stosunki własnościowe i wyraźnie kształtujący się w społeczności gocławskiej podział na katolików i ewangelików. Tych ostatnich jako potomków kolonistów, mimo wielopokoleniowego osadzenia na tym terenie , nadal utożsamiano z Niemcami, traktowano jako element obcy, niepolski.
Głowami rodzin ewangelickich byli mężczyźni 30-40-letni urodzeni w latach 90. XIX w. i na przełomie stuleci, a wiec pokolenie, które przyszło na świat długo po klęsce powstania styczniowego, w ‘Kraju Przywiślańskim’, w rodzinach, w których domach mówiło się jeszcze niekiedy po niemiecku. Ci ludzie chodzili do rosyjskich szkół elementarnych, nieliczni z nich kontynuowali naukę w gimnazjach, również rosyjskich. Nie tyle ulegali pokusie wynarodowienia, ile historia nie stworzyła im możliwości wykształcenia w sobie patriotyzmu
polskiego, silnej, bezwarunkowej więzi z narodem, który przyjął ich przodków jako osadników co najmniej półtora wieku wcześniej. W tym okresie nie istniała przecież samodzielna państwowość polska, z czym więc miały utożsamiać się kolejne pokolenia tych młodych ludzi funkcjonujących jako synowie rolników i przyszli rolnicy gdzieś na uboczu życia społecznego, dodatkowo izolowani barierą wyznaniową?
Tym bardziej, że żadnej ze stron nie zależało na integracji. Polacy widzieli w potomkach kolonistów zagrożenie etniczne i ekonomiczne, kościół katolicki, kreujący się na obrońcę wartości narodowych, był wrogi wobec przybyszów widząc w ewangelicyzmie potencjalne niebezpieczeństwo ograniczenia czy utraty wpływów własnych. Dezintegracja była też na rękę Rosjanom, bo nad skonfliktowaną, zatomizowaną społecznością łatwiej zapanować, manipulując wzajemnymi animozjami, umiejętnie podsycając obustronną niechęć. Na zespoleniu nie zależało również zbytnio samym ewangelikom, którzy funkcjonowali w ramach swoich małych społeczności jako niezależni właściciele ziemi, rolnicy. Ponadto obawiali się oni, że, aby zyskać akceptację Polaków, musieliby wyrzec się wyznania będącego elementem tradycji, z którą się utożsamiali.
Trudno określić stan świadomości narodowej ewangelików międzywojennego Gocławia.
Pewną wskazówkę stanowić mogą wyniki spisu ludności Polski z r.1921.1/ W odniesieniu do Warszawy, której Gocław był częścią, proporcje narodowościowe kształtowały się następująco: 72,3% mieszkańców stolicy stanowili Polacy, 0,1% - Niemcy, natomiast podział według wyznania wskazywał, iż w Warszawie było 63,8% katolików i 1,9% ewangelików.2/
W początku lat 20. więc 95% warszawskich luteran deklarowało polską przynależność narodową. Zbliżone dane przyniósł spis przeprowadzony 10 lat później. Stolicę zamieszkiwało wtedy 0,2% ludności posługującej się językiem niemieckim i 1,8% ewangelików, co dało podstawę do szacunku struktury narodowościowej określającej liczbę warszawiaków-Niemców na 0,2%. 3/ Należy więc sądzić, ze nadal około 90% ewangelików stolicy deklarowało poczucie polskości. Dodatkowym potwierdzeniem tych proporcji są akta procesowe tych gocławian, którzy zostali osądzeni po wojnie za podpisanie volkslisty. 4/ Wszyscy oni deklarowali przed wrześniem 1939 r. przynależność narodową polską. Czy był to z ich strony przejaw konformizmu, oportunizmu? Czy deklarowali narodowość zgodną, ich zdaniem, z oczekiwaniami władzy, czy tak do końca umieli się samookreślić, czy też ich deklaracje były wyrazem świadomej więzi z krajem urodzenia? W ich mniemaniu czynnik narodowy nie wydawał się najistotniejszy: nie czuli się już Niemcami, w większości uważali się za polskich ewangelików. Ale elementem, który nie do końca pozwalał im utożsamiać się z narodem, wśród którego przyszło im żyć, było wyznanie. To nie oni odrzucali polskość, to katolickie otoczenie, w większości ksenofobiczne i nietolerancyjne, odmawiało luteranom prawa czucia się pełnowartościowymi Polakami. Funkcjonujący powszechnie stereotyp „Polak-katolik” izolował, odgradzał ewangelików od przeważającej części społeczeństwa i ich osobiste, indywidualne odczucia nic nie znaczyły. Rubryka wyznanie stygmatyzowała, w potocznej świadomości luteranin był, i niestety w wielu przypadkach nadal jest, utożsamiany z Niemcem, 5/ mimo iż deklarował przynależność narodową polską. Młodemu pokoleniu ewangelików urodzonemu już w niepodległej Polsce łączenie wyznania z narodowością wydawało się absurdalne, oburzało, złościło, czasami powodowało rozbawienie, ale było faktem, którego nie potrafili zmienić. Liczyło się nie to, jak oni widzieli siebie, ale jak byli postrzegani przez ogół społeczeństwa.
Sytuację polskich luteran dodatkowo komplikował fakt zamieszkiwania ziem międzywojennej Rzeczpospolitej przez mniejszość niemiecką, która jednoznacznie deklarowała swą przynależność narodową i w przeważającej części była również wyznania ewangelickiego. To sprawiało, że obie grupy utożsamiano, traktowano jako jedność, nie dostrzegając lub nie chcąc dostrzec dzielącej je zasadniczej różnicy – stosunku do polskości.
Luteranie, w tym również gocławscy, u schyłku lat 30. znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia: byli mniejszością wyznaniową mającą swe etniczne korzenie w kraju sąsiednim, który wkrótce miał stać się najeźdźcą i okupantem. W ich postawach musiała więc, lub przynajmniej mogła, pojawić się kwestia lojalności bądź wobec kraju urodzenia i społeczeństwa, w którym przyszło im żyć, bądź też narodu przodków i współwyznawców, którzy planowali ten kraj podbić. W swoich wyborach nie mogli liczyć na niczyją pomoc, byli w zasadzie osamotnieni. Szkoła uczyła patriotyzmu, ale też ze względu na prowadzoną tam naukę religii katolickiej – dzieliła, pośrednio generowała poczucie wyobcowania młodszych pokoleń ewangelików. Ścierające się w polskim kościele ewangelickim dwie tendencje także nie ułatwiały im zadania. Byli zdani wyłącznie na siebie. Niektórzy z nich okazali się podatni na propagandę hitlerowską, której emisariusze pojawiali się w środowiskach ewangelickich w Polsce w końcu lat 30., próbując przeciągnąć luteran na swoja stronę.
Sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana: żądania terytorialne Niemiec, prowokacje przygraniczne, zaostrzająca się atmosfera wrogości uderzyły również w ewangelików. Po raz kolejny (podobnie było już w czasie I wojny światowej) potraktowano ich jako element niepewny, obcy, potencjalnie wrogi. Zabrakło możliwości i czasu na weryfikację postaw. Gdy błyskawicznie kurczył się, a właściwie ginął świat sanacyjnej Polski, w atmosferze histerii wojennej klęski wszędzie doszukiwano się szpiegów i dywersantów, a to godziło głównie w skupiska ludności niemieckiej i polskich luteran powszechnie kojarzonych z Niemcami. Paradoks historii polegał na tym, ze gdy jedni ewangelicy jako żołnierze Września bronili granic Polski przed nacierającą armią hitlerowską, w tym samym czasie ich internowanych współwyznawców pędzono pod konwojem w stronę Berezy Kartuskiej. Takie zdarzenia, będące próbą profilaktycznej samoobrony państwa , budowały jednak w ewangelikach poczucie krzywdy, upokorzenia, powodowały rozgoryczenie, tworzyły atmosferę wrogości; traumatyczne doświadczenia szukały ujścia w zachowaniach i postawach, które po latach trudno umotywować, racjonalnie wyjaśnić. Tym bardziej, że wielu z nich przyszło dokonywać wyboru, który zaważył na ich całym późniejszym życiu i życiu ich rodzin, wyboru, świadomość skutków którego często przerastała ich intelektualnie i moralnie. Dla większości z nich bowiem podpisanie volkslisty było w zasadzie potwierdzeniem obiektywnego faktu ich niemieckiego pochodzenia, posiadania niemieckich przodków, nie zaś zdradą narodową , której tragicznych dla nich konsekwencji sobie nie uświadamiali lub nie byli w stanie przewidzieć. Ponadto rozgoryczenie stawało się wygodnym alibi dla koniunkturalizmu – dla wielu faktycznego motywu działania.
W przypadku ewangelików gocławskich impuls przyszedł z zewnątrz. Oni sami, pasywni i niechętni jakimkolwiek formom organizacyjnym, byli przeciwni zrzeszaniu się, działalności grupowej, aktywności politycznej, współpracy z władzą, chyba że dawało im to wymierne korzyści i wyczuwali w tym własny interes. Tak było i tym razem. To zięciowie lub synowie mieszkający i pracujący w lewobrzeżnej Warszawie lub na Pradze byli pierwszymi, którzy zdecydowali się na przyjęcie volkslisty. Po podpisaniu deklaracji wywierali presję na pozostałych wskazując profity płynące z bycia volksdeutschem. Za nimi poszli więc inni nie- mający już takich oporów, czujący się moralnie rozgrzeszeni – nie byli przecież inicjatorami całego procederu.
Ewangelicy z Gocławia nie zajęli jednolitej postawy wobec okupanta. Można było wyróżnić wśród nich pełne spektrum zachowań: od kolaboracji z hitlerowcami ocierającej się o kontakty z gestapo czy SS (prezentowanej przez jednostki), poprzez podpisanie volkslisty i korzystanie z przysługujących volksdeutschom przywilejów, przy zachowaniu bierności we wspieraniu Niemców (taką postawę przyjęła większość), aż do grupy, która nie chciała wyrzec się polskości i nie zmieniła swej przynależności narodowej, czy wreszcie nielicznych, działających w konspiracji, wspomagających walkę podziemia z okupantem i biorących w tej walce czynny udział.
Trudno jednoznacznie sprecyzować rzeczywiste motywy przyjmowania volkslisty. Pewne informacje przynoszą protokoły powojennych zeznań volksdeutschów goclawskich.6) Należy je jednak poddać weryfikacji, bo były składane przez ludzi zastraszonych, przebywających w aresztach czy obozach pracy, zagrożonych karą więzienia. Próbowali oni, co naturalne, bronić się, usprawiedliwiać swoją postawę, podając różne, nie zawsze, jak należy przypuszczać, prawdziwe powody zgłaszania swej przynależności do narodowości niemieckiej. W wielu przypadkach wspomina się o przymusie czy zastraszeniu, ale w Generalnej Guberni przyjęcie volkslisty było w zasadzie dobrowolne i odmowa (mimo zachęt, perswazji czy gróźb) jej podpisania nie wiązała się z żadnymi poważniejszymi represjami ze strony Niemców. Nie sądzę więc, bym krzywdziła tych, którzy zostali volksdeutschami, stwierdzeniem, że ich postawa była przejawem koniunkturalizmu. Wykorzystali oni sytuację, by, dokumentując swe niemieckie pochodzenie, uzyskać przywileje i korzyści zagwarantowane dla sygnatariuszy deklaracji.
Oczywiście nie obyło się też bez dramatycznych wyborów: gdy na przykład podpisanie volkslisty stanowiło warunek zwolnienia kogoś ze stalagu 7) czy oswobodzenia z obozu w Oświęcimiu osoby bliskiej 8), ale czynnikiem dominującym stawała się presja rodziny bądź środowiska.9) Bo podziały wśród ewangelików w tej kwestii przebiegały poprzez rodziny, w ramach rodzin, często wśród najbliższych, co najlepiej ilustruje zagubienie i tragizm ich sytuacji. Decyzje podejmowane przez jednostki, zazwyczaj mężczyzn, dotyczyły całych rodzin, obejmowały żonę i nieletnie (do 16.roku życia) dzieci, skutki tych decyzji więc także uderzały w całe rodziny, prowadziły do dramatów i nieszczęść, których ofiarami stawały się często trzy pokolenia tej samej familii.
Co zyskiwano podpisując volkslistę? Ten ciemnobrązowy dokument ze zdjęciem dawał poczucie bezpieczeństwa: był przepustką w czasie łapanek na ulicach Warszawy, chronił przed zatrzymaniem i wywiezieniem na roboty do Niemiec, pozwalał na poruszanie się po mieście po godzinie policyjnej. Volksdeutsche otrzymywali specjalne kartki żywnościowe i mogli korzystać z sieci sklepów Meinla. Nie musieli tez zdać Niemcom swych domowych radioodbiorników, mieli prawo wsiadania do tramwajów przednim pomostem. Bardziej operatywni czy raczej cyniczni, ustosunkowani, znający język przeprowadzali się do „dzielnicy niemieckiej” podnosząc zdecydowanie standard swojego zakwaterowania. Mówiło się również o przejmowaniu przez niektórych sklepów czy składów pożydowskich, niejasnych interesach z Niemcami, znaczącym wzbogaceniu się. Ale to działo się w lewobrzeżnej Warszawie czy na Pradze.
Życie na Gocławiu podczas okupacji pozornie niewiele różniło się od tego sprzed wojny.
Nadal uprawiano ziemię, zbierano plony, hodowano bydło. Relacje miedzy wyznaniami także wydawały się niezmienione: i ewangelicy, i katolicy żyli w zasadzie w dwóch odrębnych światach, które zazębiały się jedynie w kontaktach dnia codziennego, niekiedy działalności rolniczej. Fakt, że nie wszyscy luteranie gocławscy podpisali volkslistę niewiele w tych relacjach zmienił. A przecież powinien. Bo stosunek do volkslisty – jej przyjęcie lub odrzucenie stały się dla społeczeństwa polskiego probierzem poczucia przynależności narodowej , bolesnym sprawdzianem utożsamiania się bądź negowania swych związków z polskością. Te subtelności trudnych wyborów luteran obce były jednak większości ich katolickich sąsiadów. Gdy tylko we wrześniu 1944 r. na Gocławiu pojawiły się oddziały  armii radzieckiej, zaczęło się systematyczne nasyłanie Rosjan (najpierw żołnierzy, później NKWD) na tych ewangelików, którzy nie przyjęli volkslisty i pozostali w swych siedzibach.
Wskazówka, że są to „Niemcy, tylko nie podpisali”, zupełnie nieczytelna dla przybyszów ze wschodu, była ze względu na pierwszy człon niemal równoznaczna w tym czasie z wyrokiem śmierci i tylko dobra znajomość języka rosyjskiego oraz dokumenty potwierdzające służbę wojskową głowy rodziny w armii rosyjskiej ratowały od najgorszego. Wyjątkowa perfidia tych pomówień polegała na tym, ze ich autorzy kierowali się bynajmniej nie „patriotyczną czujnością w tropieniu wrogów”, ale przyziemną chęcią zagarnięcia siedliska sąsiadów.
Na okupacyjnym Gocławiu stopniowo narastały podskórne napięcia, nie zawsze dostrzegane czy uświadamiane przez mieszkańców. Pogłębiała się zawiść, szczególnie wobec tych, którym nowa władza pozwalała poczuć się dużo pewniej i stworzyła możliwość wzbogacenia się czy była gwarantem utrzymania ich dotychczasowego majątku, choć trzeba przyznać, że volkslistę przyjmowali bynajmniej nie najbiedniejsi. Nabrzmiewające złe emocje czasami znajdowały tragiczny finał, gdy np. zaczepka i słowna utarczka podchmielonej grupy z jednej strony doprowadziła do groźby utopienia, z drugiej zaś – śmiertelnego, nie wiadomo na ile zamierzonego, strzału, oddanego w samoobronie.
Podpisanie volkslisty przez większość luteran nie zmieniło też zbytnio ich stosunków z pozostałymi ewangelikami Gocławia. Mimo więzi rodzinnych, bliższego lub dalszego pokrewieństwa relacje były bowiem luźne już przed wojną, uwarunkowane pozycją materialną poszczególnych rodzin. A tak się zdarzyło, ze deklaracji nie podpisali głównie ci o niewysokim statusie majątkowym. Były podejmowane nieskuteczne działania perswazyjne nakłonienia opornych do zmiany decyzji, ale każdy pozostał przy swoim. Trudno powiedzieć, czy miały miejsce jakieś poważniejsze dyskusje w szerszym gronie, próby przedstawienia swoich racji, apelowania do rozsądku, poczucia odpowiedzialności, przyzwoitości. Należy w to raczej wątpić, bo ewangelicy gocławscy nie mieli naturalnego przywódcy czy autorytetów, których postanowieniom skłonni byli się podporządkować. W ich przypadku decyzje zapadały w gronie najbliższej rodziny. Być może jakieś wahania, wątpliwości, rozterki pojawiały się w początkowej fazie okupacji, ale później ci, którzy nie podpisali volkslisty,
w obawie o własne bezpieczeństwo szybko ucinali wszelkie próby dyskusji z volksdeutschami na ten temat. Ale czuli głęboki wstyd za swoich krewnych czy współwyznawców goszczących niemieckich oficerów, z zażenowaniem patrzyli na ich dzieci biegające po Gocławiu w mundurkach Hitlerjugend i wyciągające dłonie w hitlerowskim geście pozdrowienia, z politowaniem obserwowali przemykających się często ze spuszczonym wzrokiem lub przeciwnie - patrzących wyzywająco pociotków , ubranych w mundury SA i zmierzających na obowiązkowe zebranie czy ćwiczenia.
Klęska Niemców na froncie wschodnim i wyzwolenie części ziem Polski stworzyły też nową sytuację dla volksdeutschów. Przyjrzyjmy się ponownie postawom gocławian. Niektórzy, szczególnie mieszkańcy „dzielnicy niemieckiej”, na pierwsze wezwanie uciekli na zachód w ramach zorganizowanej przez władze okupacyjne ewakuacji. Byli w łatwiejszej psychologicznie sytuacji od pozostałych: czuli się bardziej niż inni emocjonalnie związani z Niemcami i mieli świadomość czekających ich jako kolaborantów represji. Poza tym dla nich ewakuacja ograniczała się do wywiezienia dorobku wagonem kolejowym lub spakowania dobytku do kilku waliz czy kufrów. Gocławscy rolnicy byli w dużo trudniejszej sytuacji: nie mogli ze soba zabrać, wywieźć tego, co stanowiło sens ich dotychczasowego życia, z czym byli związani od zawsze – nie mogli zabrać ziemi, która ich żywiła, dawała schronienie, poczucie bezpieczeństwa, była materialnym dowodem międzypokoleniowej więzi. Dlatego odwlekali moment ewakuacji, wahali się, kalkulowali i, opóźniając postanowienie o ucieczce, nie zdążyli dotrzeć wystarczająco daleko na zachód. Nieliczni zdecydowali się na pozostanie (gdyż w ich mniemaniu „nikomu niczego złego nie zrobili”), niektórzy dobrowolnie, mimo zagrożenia, powrócili do Polski z terenu Austrii czy Niemiec. Jeszcze inni, szczególnie kobiety, przeczekali najtrudniejszy okres poza miejscem swojego zamieszkania, i, dzięki wsparciu rodziny, udało im się uniknąć aresztowania.
Ci, których zatrzymano, zostali poddani podobnej procedurze: „przytrzymanie, umieszczenie na czas nieokreślony w miejscu odosobnienia i poddanie przymusowej pracy”.10) W ich przypadku oznaczało to kilkuletni pobyt, często w straszliwych warunkach, w jednym lub kolejno kilku obozach pracy, m.in. w Rembertowie, Sikawie, Krzesimowie, Potulicach, Jaworznie, Lesznie-Gronowie, na „Gęsiówce”. Nie poznałam ani jednej relacji gocławian – więźniów tych obozów. Nie chcieli oni opowiadać o tym okresie swego życia nawet własnym dzieciom. Nie trzeba im się dziwić, tak bardzo trudno przecież przychodzi mówić o swoim poniżeniu, deptaniu godności ludzkiej, bezprawiu, poczuciu bezsilności, lęku o najbliższych, rozpaczy, stopniowo narastającej świadomości życiowej klęski. Ale niewykluczone, że tym, co nie pozwalało im opowiadać o ich traumatycznych doświadczeniach powojennych był wstyd, poczucie palącego wstydu za własne postępowanie. Gdy dokonywali bilansu zysków i strat, uświadamiali bowiem sobie, że przyjmując volkslistę zyskali tak beznadziejnie mało w porównaniu z tym, co stracili.
Na procesy orzekające o ich winie często musieli czekać 2 lub 3 lata, większość rozpraw odbyła się bowiem w r.1947 i 1948. Zostali oskarżeni na mocy Dekretu z dn.28 czerwca 1946 r. o odpowiedzialności karnej za odstępstwo od narodowości w czasie wojny 1939-44, według postanowień którego „kto będąc obywatelem polskim w czasie pomiędzy 1.09.1939 a 9.05.1945 zgłosił swoja przynależność do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta podlega karze wiezienia do lat 10.” 11) Wobec niektórych mężczyzn dodatkowo zastosowano przepisy Dekretu z dn.31.08.1944 zarzucając im przynależność do SA.
Akta procesowe volksdeutschów gocławskich w większości zawierają pozytywne opinie o oskarżonych wyrażone przez wskazanych przez nich świadków: znajomych, sąsiadów, kolegów, przyjaciół. Zostali on ocenieni jako ci, którzy „nie szkodzili Polakom”12),”byli zawsze dobrze usposobieni do Polakow”13), „w naszej dzielnicy nie było widać, aby (…) dokuczał Polakom”14), „widziałam, jak na dworcu Warszawa Praga zabierał razem z żandarmerią towary pasażerom. Dla sąsiadów był dobry człowiek, nie można powiedzieć”.15), itp. Z zeznań wynika, że volksdeutsche często starali się wykorzystywać swą pozycję, aby pomóc aresztowanym czy zatrzymanym, uprzedzali o łapankach, niektórzy z nich ukrywali nawet uciekinierów z getta.16) Oczywiście trudno tylko na tej podstawie wyciągać jednoznaczne uogólnione wnioski. Nie do końca jasne są np. motywy udanego zamachu podziemia na jednego z volksdeutschów gocławskich w maju 1943 r. Nie wiadomo również, na ile próby ratowania zagrożonych, wspieranie finansowe organizacji podziemnych, poręczenia za zatrzymanych były przejawem bezinteresownej pomocy, empatii dla cierpiących, na ile zaś formą zabezpieczenia się na wypadek coraz bardziej prawdopodobnej klęski Niemiec.
Jednak cena, którą przyszło zapłacić goclawianom za zdradę narodową, była bardzo wysoka: jeden z nich zginął z głodu i wycieńczenia w obozie w Rembertowie, jego syna po aresztowaniu zastrzelono w niejasnych okolicznościach na gocławskich łąkach, wszyscy przeszli przez więzienia i obozy pracy, niemal wszyscy otrzymali wyroki skazujące na kary od półtora roku do 4 lat pozbawienia wolności, konfiskatę majątku, utratę praw obywatelskich i publicznych.
W latach 1948-49 po wyjściu z więzień będąc ludźmi dojrzałymi musieli zaczynać życie od nowa. Czuli się poniekąd także ofiarami wojny, którym odebrano wszystko: wolność, dom, majątek, warsztat pracy, dobre imię, poczucie własnej wartości, rozbito ich rodziny i uznano za zdrajców narodowych. Wiedzieli także, że po dramatycznych przejściach, po traumie, której doznali, nie mogli oczekiwać zrozumienia, współczucia czy wsparcia ze strony społeczeństwa, na szkodę którego działali i w imieniu którego zostali osądzeni i skazani. W wielu przypadkach spotkali się również z ostracyzmem współwyznawców a także potępieniem ze strony niektórych członków swych rodzin. Po uwolnieniu nie powrócili już do miejsca urodzenia, do domów zajętych przez obcych ludzi. Gocław przestał być siedliskiem, gniazdem rodzinnym ewangelików. Pozostali tam tylko nieliczni, wierni Polsce, na których paradoksalnie spadło całe odium za postawę innych, niepotrafiących dokonać właściwego wyboru.
Ci volksdeutsche, którzy opuścili Polskę w końcu wojny, uniknęli obozów i więzień, ale także musieli zaczynać wszystko od nowa. W obcym kraju, bez lub ze słabą znajomością języka, pozbawieni wsparcia rodziny i przyjaciół czuli się z pewnością wyobcowani, ale byli wolni i mogli liczyć na pomoc państwa, którego stali się obywatelami. Na pewno nie było im łatwo. I paradoksalnie: w nowym otoczeniu uważano ich za Polaków i w swoim środowisku funkcjonowali głównie w gronie takich samych jak oni polskojęzycznych uciekinierów. Nie do końca chyba zostali zaakceptowani przez rodowitych Niemców i ponownie znaleźli się w sytuacji mniejszości, tym razem w kraju swoich odległych przodków.
Niektórzy wyemigrowali dalej, za Ocean, gdzie korzenie etniczne , choć ważne, nie są źródłem kompleksów i nie determinują życia człowieka w takim stopniu jak w Europie. I znowu paradoksalnie funkcjonują tam w środowiskach polonijnych czy parapolonijnych, nie znając dobrze języka niemieckiego wychowali polskojęzyczne dzieci.
Mimo tęsknoty za krajem dzieciństwa i młodości, swoimi małymi ojczyznami większość nie zdecydowała się na odwiedziny Polski. Niektórzy bali czy boją się bolesnych wspomnień,
powrotu przeżyć, które od lat próbują wymazać ze swojej pamięci. Odczuwają syndrom wypędzonych jakby zapominając o tym, że to ich rodzice, a często oni sami, wyrzekli się polskości i uciekli z tego kraju. I kolejny paradoks: gdy oni noszą w sobie poczucie doznanej krzywdy, my, potomkowie tych, którzy pozostali wierni krajowi swego urodzenia, czujemy psychiczny dyskomfort, nosimy w sobie poczucie winy i wstydu.. Za tych, którzy podpisali volkslistę i tym samym nie sprostali wyzwaniu, które dla polskich ewangelików niosła wojna
z Niemcami. Za tych, którzy nie zdali egzaminu z dojrzałości jeśli nie patriotycznej, to na pewno etycznej. Bo przyjmujący volkslistę tym samym przyznali ex post rację i dali moralne prawo organizatorom aresztowań ewangelików i ich zsyłki do Berezy Kartuskiej. Przykre jest to, ze od czasów okupacji miano przyzwoitego człowieka, którym przed wojna obdarzano wielu naszych współwyznawców, przestało być kojarzone z ewangelikiem. I tylko należy mieć nadzieję i zrobić wszystko, by historia nie zmusiła ponownie kolejnego pokolenia młodych polskich luteran do roztrząsania równie bolesnych i tragicznych dylematów, które stało się udziałem ich dziadów i pradziadów.


Maria Kaucz

Warszawa, wrzesień 2007

 

Skomentuj przeczytany tekst

 

Przypisy

1.Historia Polski w liczbach, GUS, Warszawa 1993, s.157-163.
2.Tamże, s.157-158.
3.Tamże, s.159-163.
4. Archiwum Państwowe m. st. Warszawy - Sąd Okręgowy w Warszawie 1946-1950 - zespół nr 654/III, sygn. nr 658, 797, 810, 851, 956, 1446, 1481, 1642, 2004, 2055, 2540, 2599, 2650, 2711, 2947.
5. Por. np. A. Woźniak, Na peryferiach Grochowa. Z badań nad życiem codziennym Gocławia w okresie międzywojennym, „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” 2002, nr 2, s.155-182.
6. APW – Sąd Okręgowy …, źródło cyt., por. np. sygn. nr 797, 1481, 2599, 2650.
7. Tamże, sygn. nr 2711, s. 46.
8. Tamże, sygn. nr 1642, s. 75.
9. Tamże, por. np. sygn. nr 797, 1481, 2599,2650.
10. Tamże, por. np. sygn. nr 2599, s.73.
11. Dziennik Ustaw R.P. nr 41, poz. nr 237 – Dekret z dn.28.06.1946 o odpowiedzialności karnej za odstępstwo od narodowości w czasie wojny 1939-44.
12. APW – Sąd Okręgowy …, źródło cyt., por. np. sygn. nr 1642, s. 144.
13. Tamże, sygn. nr 810, s. 13.
14. Tamże, sygn. nr 2711, s. 170.
15. Tamże, s. 171.
16. Tamże, s. 46 i nast.


B i b l i o g r a f i a

Archiwum Państwowe m.st. Warszawy – Sąd Okręgowy w Warszawie 1946-1950 – Zespół nr 654/III – sygn. nr 658, 797, 810, 851, 1446, 1481, 1642, 2004, 2055, 2540, 2599, 2650, 2711, 2947
Dziennik Ustaw R.P. nr 4 poz. 16 - Dekret z dn.31.08.1944 o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw, znęcania się nad ludnością cywilna i jeńcami wojennymi oraz zdrajców Narodu Polskiego
Dziennik Ustaw R.P. nr 41 poz. 237 – Dekret z dn.28.06.1946 o odpowiedzialności karnej za odstępstwo od narodowości w czasie wojny 1939-44
Historia Polski w liczbach, GUS, Warszawa 1993, s.157-163.
J. Kochanowski, Kto ty jesteś? Niemiec mały!, „Polityka” 2003, nr 36, s.64-66.
L. Olejnik, Polityka narodowościowa Polski w l.1944-1960, Wyd. U.Ł., Łódź 2003,
s.147-152.
A. Woźniak, Na peryferiach Grochowa. Z badan nad życiem codziennym Gocławia w okresie międzywojennym, „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” 2002, nr 2, s.155-182.